Drodzy Czytelnicy, na wstępie chciałabym bardzo przeprosić Was za tą notkę i się z niej wytłumaczyć. Chodzi o to, że mój blog zawsze był wolnym od pewnego rodzaju bzdur, a jeżeli nie był, to przynajmniej robiłam wszystko by takich idiotyzmów było mało. Nie mówię tu o moich teoriach spiskowych, moich genialnych wynurzeniach czy motywach, bo od tego tutaj się roi. Mam na myśli raczej papkę, którą karmi się większość tłuszczy np. rozmiar piersi żony sławnego piłkarza, której imienia nie pamiętam, zdradę tego blondyna z tamtą brunetką, wyższość szminki czerwonej nad czerwonym błyszczykiem etc. Nigdy mnie to nie interesowało, a zresztą na tego typu „sprawach” lepiej zna się takie wp, które samymi swoimi tytułami utwierdza mnie w przekonaniu, że cieszę się ze swojej ułomności w byciu trendy. Jednak od jakiegoś czasu pewna książka, wraz ze swoją autorką doprowadzają mnie do białej gorączki. Starałam się zachowywać wspaniałomyślnie, ale moja cierpliwość też ma granice…wojna! Wojna powiadam! I to nie ja ją zaczęłam.
Czy już wiecie o czym piszę, drodzy Czytelnicy? Pewnie nie, skąd byście mogli wiedzieć co znowu roi się w mojej biednej głowie. Ale pomyślcie co mogło urazić fankę literatury romantyzmu(przekonuję się nawet do Wertera) i wszystkich jej motywów, z wampirem na czele. Założę się, że sprawa się rozjaśniła gdy rzuciłam hasło „wampir” a będzie już zupełnie jasna, gdy dodam do niego przeklęte po sam kres świata, nazwisko: Mayer.
Zapewne zaraz ktoś zapyta dlaczego dopiero teraz o tym piszę. Otóż odpowiedź jest banalna, wcześniej się od tego powstrzymywałam, bo nie chciałam kalać swojego bloga czymś takim. Jednak teraz, teraz już się nie powstrzymam.
Drodzy Czytelnicy, wytłumaczcie mi jak coś takiego jak „Zmierzch” może zdobyć popularność? Jak kobieta, która nie zna się na pisaniu, bezkarnie niszczy motywy literackie, popełnia zbrodnię stworzenia pustych i płaskich jak najnowszy telewizor LCD z Mediamarktu postaci, może zostać okrzyknięta wspaniałą autorką. I co więcej, czy to jej wina, czy może społeczeństwa, które przyjmuje ten chłam z tak zawstydzającym entuzjazmem? No ale zacznijmy od początku.
Najpierw musimy ustalić czym jest „Zmierzch”. Od razu zastrzegam, że na potrzeby tej notki dokończyłam owe książki, żeby nie było, że krytykuję coś czego nie znam.
Zmierzchy to książki pozbawione akcji, więc przynajmniej tego nie musze opisywać. Nurza się po uszy w szambie potrzeb zdegenerowanego społeczeństwa, bazując na najbardziej banalnych potrzebach ludzi. Ofiarą zbrodni pani Stasi jest wampir, z którego ta piekielna baba robi udomowionego labladora, po uszy zakochanego w nic nie znaczącej, do gruntu znudzonej i zblazowanej dziewusze. Książka ma narrację pierwszoosobową(mówi Bella) ale z racji tego, że główna bohaterka jest nieudaną 16. z głową wypełnioną powietrzem ciężko o jakiekolwiek konkretne informacje. Właściwie, na podstawie tej książki nie da się napisać nawet zwykłej charakterystyki, ponieważ w 4 tomach po 300 stron jeden, zabrakłoby informacji.
Pierwsza część do połowy jest o niczym i składa się z samych dialogów, pozbawionego jakiegokolwiek charakteru(i jakiejkolwiek wampirzej godności) Edzia z Bellą. Nagle w środku książki akcja spada z nieba i Bella z powodu własnej głupoty o mało co nie kończy jako wampirzyca ale oczywiście Edek ją ratuje i w dodatku zabiera na bal.
Druga część. EDWARD ODCHODZI! A cała reszta książki jest o nim lub o jego braku. Bella zamienia się w EMO, ale z doła wyciąga ją, jej nowy przyjaciel Kuba(Dżejkop). Belli, któregoś razu śni się, że chłopak zamienia się w wilka(o Boże co to może znaczyć?!). Następnie dziewczyna skacze z klifu ale nie dlatego, że chce popełnić samobójstwo. Inna sprawa, że jej zaprzyjaźnione wampiry odebrały to jako zamach na własne życie(dziwne jakieś nie?) w efekcie czego Edek też chce popełnić samobójstwo. Niestety wszystko kończy się dobrze i koleś oświadcza się swojej niedorozwiniętej miłości.
Trzecia część jest dokładnie o tym samym co pierwsza, tylko że tym razem mamy do czynienia z trójkątem(Bella, Edek i Kubuś) oraz paroma innymi niespełnionymi fantazjami seksualnymi pani Mayer. Później mamy wielką bitwę, która oczywiście nic nie wnosi do akcji i…Doing-doing! Tak! Pokonują tą złą i wszystko kończy się dobrze.
Część czwarta, tylko dla odważnych. Pani Stasia próbuje udowodnić, że umie pisać z różnych punktów widzenia co sprawia, że czytanie książki staje się prawdziwą gehenną. Edward okazuje się być przemocowym gnojkiem, który bije swoją żonę, ale oczywiście wszystkie fanki i tak uważają go za uroczego no bo przecież przeprosił. No i uwaga! Gratka dla fanów biologii. Bella zachodzi w ciążę i wie o tym już po czterech dniach. Jej dziecko je ją od środka ale ona przeżywa bo przecież pije krew…i takie tam. Pytanie: Jak martwy od 90 lat facet mógł mieć dziecko? I czy wypicie krwi równa się transfuzji? Cała reszta, proszę państwa, to jest śmieć na szmelc.
I powiedźcie mi drodzy Czytelnicy jak książka, w której zamiast uczuć mamy tylko marne substytuty, mogła stać się popularna? Czy naprawdę ludzie utożsamiają się z głównymi bohaterami(bo przecież to często decyduje o popularności książki)? I najważniejsze pytanie, gdzie tu prawdziwość? W jakim normalnym miejscu chłopak, który non stop rzuca tekstami jak z ocenzurowanego harlequia zainteresowałby kogokolwiek? W której bajce niewydarzona jęczydusza cieszy się jakimkolwiek zainteresowaniem? Już ciasteczkowy potwór ma więcej rozumu od Belli a Jozin z Bazin jest ciekawszy od Edwarda!
Jak więc ta intertekstualna praca, nie wykazująca żadnych ale to żadnych walorów literackich mogła do kogokolwiek trafić? Przecież jej popularność(tej książki) świadczy przede wszystkim źle o odbiorcach, a nie o autorce.
I właśnie za to nie znoszę Zmierzchów. Za to, że pokazują czego tak naprawdę trzeba społeczeństwu. A pokazuje coś strasznego: Mamy popyt na banalną fikcję(i tym razem to nie jest owczy pęd trędowców). Wychodzi na to, że Edward jest ideałem mężczyzny dla 2/3 populacji kobiet(w różnym wieku). O czym to świadczy? Widocznie naszemu społeczeństwu marzy się pozbawiona charakteru ciamajda, chorująca na chroniczne depresje, tak ślepo zapatrzona w drugą osobę, że przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie i chyba to mnie przerasta. Bella akurat fanów nie ma, po prostu każdy chce być nią. Każdy chce być nikim, który bez krztyny własnej pracy otrzymuje wszystko w prezencie.
A jeszcze jakość samej książki? Wniosek smutny, ale prawdziwy. Wygląda na to, że książka uboga literacko i zaopatrzona w prymitywną akcję, rodem z epoki kamienia łupanego to coś czego nam trzeba. Zapomniałam dodać, że powinno jeszcze jej brakować treści, żeby się przypadkiem nie zmęczyć myśleniem w trakcie czytania.
No i powiedzie drodzy Czytelnicy, czy o to w tym wszystkim chodzi? Żeby się podniecać jakąś marną namiastką książki, kreującej świat tak banalny i rażący głupotą, że chce się wyć do nieba? Nie spodziewałam się, że banał i bzdura kiedykolwiek zdobędzie aż taką popularność. Wygląda na to, że światowa literatura jest ciężko chora.
Jedyną zaletą Zmierzchów jest to, że pokazują w krzywym zwierciadle nasze potrzeby i marzenia. Wystarczy przyjrzeć się gromadce fanów i pomyśleć jak to wygląda.
Przepraszam jeżeli kogoś uraziłam. Jednak, nawet jeżeli jesteś fanem tej historii, to i tak mi nie udowodnisz, że są w niej jakiekolwiek walory. Koniec końców, literatura to biznes jak każdy inny. A właśnie, skoro o tym mowa: wydano kolejną książkę pt. „Atlantyda”, której główną zaletą jest to, iż została ona napisana przez 17- latkę. I znowu by nie być gołosłowną zabrałam się za ową lekturę i mogę spokojnie ją Wam odradzić. To, że jest pióra nastolatki to jedyne co można o tej książce powiedzieć i co nie będzie obelgą. Jest jeszcze gorsza niż Zmierzch, ponieważ jest nieudanym dzieckiem związku „Zmierzchu” i „Eragona”.
Taaa no to…seee ya!
Zdecydowanie muszę opracować jakiś super wydajny system nauki pt. „Jak tu zrobić, żeby się nie narobić”. Oczywiście, jak na szanującą się pesymistkę dopuszczam do siebie myśl, że takowy system może nie istnieć…ale wtedy zadowolę się zwykłym: „Jak to zrobić, żeby w ogóle się nauczyć”…bo jakoś picie litrów syropu tylko po to, by mój szanowny(AAA honoryfikatywność! NIE!) mózg raczył się ruszyć, jakoś mnie nie satysfakcjonuje.
Dobra, drodzy Czytelnicy, czas na chwilę internetowego ekshibicjonizmu. Nie miałam pomysłu na notkę, a raczej, miałam ich zbyt wiele, więc musicie zadowolić się tym(co jak sądzę nie jest tak straszną torturą w niedzielny wieczór, kiedy ostatnia rzecz na jaką się ma ochotę, to notka o moralności lokalnych gąsienic oraz ich stanowisko w sprawie fajek wodnych). Od jakiegoś czasu prześladuje mnie dziwne uczucie, które ostatni raz dopadło mnie kiedy uświadomiłam sobie, że „Władca pierścieni” to tylko książka. Przez dziewięć lat miałam myśli spokojne, i teraz ten wyjazd znowu wywołał w nich wojnę, a właściwie niedorzeczne pragnienie by świat nagle stanął na głowie i zaklaskał językiem o czoło. Głupie? Jasne, wiem, że to głupie. Nawet bardzo głupie, a jeszcze bardziej, że nie mogę się nauczyć się żyć tym światem. Piszę „żyć tym światem” bo chcę uniknąć sformułowania „marzycielka”, nią nie jestem. Właściwie to nie jeden raz rozmówców drażniło moje „tylko dowody”. To chyba jakaś ambiwalencja, rozdwojenie marzeń, albo zagubienie w zabłąkaniu lub coś równie głupiego, ważne by poetycko brzmiało.
W każdym razie wszystko wydaje się niedobrym snem, gdy rzeczywistość robi się nieznośnie zwyczajna. I teraz uważaj drogi Czytelniku, ponieważ napiszę to raz i powtarzać nie będę, bo mi w szkole za to obniżali ocenę i mazali czerwonym długopisem po kartce. 
Nie chodzi o to, że nie lubię tu i teraz. Może sobie być, w końcu to bagno ciasne ale własne. I nawet nie narzekam na tą cholerną, przeklętą, pogiętą rzeczywistość. I nie chodzi o samotność, ok.…trochę chodzi, ale ciężko mi to wytłumaczyć. Bo jak napiszę, że chciałabym mieć wreszcie święty spokój to od razu, jeden z drugim się obruszą, że mi o nich chodzi. A to wcale nie chodzi o jednego i drugiego, tylko o mnie samą, która to ja sama, nie daję sobie samej spokoju(ale to inna historia i opiszą ją innym razem). Chodzi o to, że ja sama nie wiem o co chodzi. O co mi chodzi, tak konkretnie. Czegoś chcę, ale nie wiem czego. Czuję się jakby mnie ktoś zamknął w klatce i pozwolił dzieciakom walić kijem o pręty. Albo tak jakby mnie ktoś przywiązał do krzesła i kazał patrzeć na tych wszystkich, na tych…ludzi. Chodzą tylko, gapią się, gadają…o niczym. I bardziej są podobni do owiec niż, one same. A czasami myślę sobie, że to nie tędy droga, ale i tak jej nie zmienię bo nie wiem gdzie jest właściwa. Znaczy się, możliwe, że i wiem ale i tak jestem w rzece ludzi, która mnie ciągnie za sobą. I najgorsze jest to, że patrzysz na nich z odrazą jednocześnie wiedząc, że jest się takim samym.
A później, stwierdzasz, że to i tak nieistotne…i cała zabawa zaczyna się od nowa.
Czasami sobie myślę, że wszystko sprowadza się do własności. Do posiadania samego siebie, posiadania własnych wyborów i własnego świata. Może się mylę, ale własne łatwiej się akceptuje. Jak się ma samego siebie(czyli nie jest się w posiadaniu własnych namiętności, że to tak górnolotnie określę lub używek, że to tak wcale nie górnolotnie określę.), ma się swoje decyzje, swoich przyjaciół, i swoje miejsca, rzeczy, nawyki…to nie dostrzega się ich wad. Są znajome, niestety jeszcze raz to powtórzę, i własne. A skoro takie są, to nie są aż tak niebezpieczne i można się trochę uspokoić.
Nie miałam siły się dalej uczyć, więc napisałam obrazoburczą notkę nikomu nie potrzebną do szczęścia. Wniosek? Trzeba było się uczyć. MATKO! Muszę się więcej uczyć! Więcej i jeszcze raz więcej. I…potrzebuję jakiegoś cudu. Bo motywacje już mam. Biada.
Pozdrawiam Was, drodzy Czytelnikowie. Proszę, sfinansujcie mi wycieczkę na Marsa. Wszystkim ona wyjdzie na dobre. No dobra…już milczę. Tylko pozdrowię szczególnie: Izę, Lilę, Kóczaczka, Rosiii, Haniutkę, Olkę, Olę, Natalię, PzM, Pawła, Misia, Astronopitka, Michała, Bartosza, Rajtę, Marcika i Ciebie drogi Czytelniku.
Go go Power Readers.
A złota myśl na dziś:
Umrę ci kiedyś.
Oczy mi zamkniesz.
I wtedy — swoje
Smutne, zdziwione,
Bardzo otworzysz.
Muszę zdecydowanie zmniejszyć liczebność angielskich tytułów. Przecież popieram ustawę o ochronie języka. I nie, to nie jest wstęp do notki o języku polskim. Tak sobie po prostu pomyślałam, że te angielskie tytuły(od biedy japońskie lub łacińskie) trochę mi się przejadły. Poza tym Polacy nie gęsi, swój język mają…chociaż ostatnimi czasy trudno go uświadczyć w jego czystej, poprawnej formie. Tak to już jest z dbałością…NIE! Jest święto narodowe, nie mogę narzekać na rodaków! No nie mogę! Marek Aureliusz powiedziałby, że to tak jak narzekanie na siebie, a babcia, że to niegrzeczne! A w dodatku jestem zbyt zmęczona by pisać o czymś takim.
To, że dziś jest jedenastego wcale nie oznacza, że my studenci(czas zacząć się z nimi identyfikować) mamy dzień wolny od pracy. Owszem, jest chwilka, czy dwie nawet by wyskoczyć z Izią na kawę i projekcję wielce ciekawego filmu historycznego ale to tylko chwilki. Szybko się kończą, przeciskają się przez palce i zwiewają gdzie pieprz rośnie. Rozumiem je, też bym zwiewała, gdybym mogła. Niestety ja musiałam usiąść do nauki kanji, która to nauka bardzo opornie mi idzie i zazwyczaj kończy się tak samo, bólem głowy. Ale dziś mogę być z siebie dumna, że się tak nieskromnie wyrażę. Wytrwałam do końca i powstrzymałam się nawet od rozmyślań nad pustką życia człowieczego. Zastanawiałam się za to nad powołaniem, i przyznam się drodzy Czytelnicy, nie mam zielonego pojęcia co to. Czy to talent, czy zapał, czy to lata czy fruwa…gdzie zaczyna się mokre a kończy wilgotne? A może powołanie to to, co każe mi siedzieć nad książką chociaż wcale nie mam na to ochoty?
Chciałabym, żeby tak było. Z tą świadomością łatwiej by było mi znieść losu przygodzenie jakim jest kanji.
Jaka szkoda, że to tylko poczucie obowiązku.
Tymże przemiłym akcentem kończę ową notkę bo mi rozsadza głowę(ból nie notka). Pozdrawiam Was Czytelnikowie. Wybaczcie, że nie napiszę pozdrowień, ale nie jestem w stanie myśleć o czymś innym niż zapis słowa „inżynieria lądowa” ideogramami japońskimi.
Niech noc będzie z Wami.
Złota myśl na dziś:
A: S co się stało?
S: To bardzo dziwne uczucie, patrzeć na własne marzenia, które spełniają się komuś innemu.Chyba tracę serce do jesieni. Wiem, że dziwnie to brzmi w ustach kogoś kto odnajduje radość we własnym nostalgiczno- melancholijnym poczuciu bezsensowności istnienia wszelakiego…powiem więcej, zakrawa to o hipokryzję. Jednak bądźcie pobłażliwi drodzy Czytelnicy, ponieważ dzieje się to nie z winy mojej ale…ale…ale…czyjejś innej. No na pewno nie mojej. Ja nikogo nie prosiłam, żeby mój irytujący, wyświechtany i męczący motyw Vanitas został zamieniony na motyw Fin de siecle.
Zaraz ktoś powie, że ze mnie męczydusza i maruda ponieważ kiedy mam motyw Vanitas to źle, a kiedy nadchodzi choroba wieku to też niedobrze. Ja na to mu odpowiem, że ze mną to w ogóle ciężka sprawa skoro martwię się upadkiem cywilizacji u progu nowego stulecia (co jak wiemy z lekcji historii i języka polskiego, mieć miejsca nie powinno) kiedy każde dziecko wie, że powinnam martwić się gwałtownym rozwojem cywilizacji i apoteozą buntu, młodości i głupoty(ah…pozwolę sobie na taki autoironiczny żarcik) albo chociaż jakimś maleńkim zagadnieniem socjologii zmian społecznych. Niestety jakiś baran stworzył pojęcie „płynnej nowoczesności”, które właściwie charakteryzuje się tym, że charakteryzuje się niczym, przez co ja nie mogę dobrać odpowiedniego motywu do mojego obecnego stanu ducha. Tak więc przemierzam epoki literackie, a gdy wyrwę się z okowów jednego motywu, wnet na inszy napłynę. Taka moja niedola. I oto to, to właśnie jest wytłumaczenie dlaczego marudzę na Fin de siecle. Nie dlatego, że powinnam mieć go, tak jak nazwa wskazuje pod koniec wieku(a nie na początku), i nie chodzi tu także o przeświadczenie upadku kultury europejskiej mieszającego się z nihilizmem i przyprawionego dekadentyzmem. Nie. Po prostu, on nie jest mój.
Nawet jeżeli motyw Vanitas jest moją wadą i jest męczący, to mam go od zawsze. Jest własny, skończony i chyba czasami wie więcej o mnie niż ja sama. Rozumiecie? Bagno ciasne ale własne. Jednym słowem czasami lepiej poprzestać na cichym, własnym i spokojnym. A poczucie efemeryczności i beznadziei…Cóż, kto powiedział, że tego nie lubię? 
Pomimo tego, że na chwilę obecną mam dwa wiadra po brzegi wypełnione prośbami, to myślę, że łatwiej by mi było czekać na ich realizację gdyby Vanitas wrócił. Wtedy po prostu stwierdziłabym, że to nie ma znaczenia i pewnie wcale bym na to nie czekała. A jak wiadomo, czasami coś bardziej cieszy gdy jest niespodziewane.
Poza tym ...Lubię gdy rzeczy nie mają dla mnie znaczenia.
Takie oto mnie myśli naszły gdy sobie wracałam do stolicy. Weekend tradycyjnie spędzonym był w mych rodzinnych stronach, gdzie powietrze ma trochę lepszy smak(czyt. Jest czystsze) i gdzie rosną jeszcze DRZEWA nie wysokie krzaki. W ogóle rozumiecie co mam na myśli pisząc DRZEWO? DRZEWO jest wtedy kiedy jest tak drzewiaste w swojej istocie, że ma się ochotę je za to przytulić.
Tyle o motywach i drzewach.
Pozdrawiam drodzy Czytelnicy a szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają…no niech pomyślę. A tak! Moje Ufoludy!!! A także PzM, Paweł, Misio, Bartosz Pędziwiatr, Tatełe, Kikituk, Pan Astronopitek(Atronomopitek, Astropitek- moja głowa tworzy coraz to różniejsze wariacje), Mamełe, Marcik czarcik, Olek, Natalka, Ola, Karola, Michał i Ty drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś : Jeśli twój najlepszy przyjaciel skacze w ogień, to nie skacz za nim tylko chwytaj za gaśnicę.
(zasłyszane)
Dobra, drodzy Czytelnicy. Kapituluję. Chyba czas najwyższy pogodzić się ze studiami, chyba czas najwyższy dać szansę Warszawie. Nie żebym chciała to robić, ale powiedzcie mi, jakie ja mam wyjście? Niech się dzieje wola nieba, chociaż nie chcę, z nią się zgadzać trzeba- czy jakoś tak.
Tyle słowem wstępu. A teraz czas na poważniejsze informacje…czyli. Jest cholernie zimno! Boreasz czy inna cholera pomyliła datę i miejsce odwiedzin i dlatego teraz ja muszę marznąć. Co za los. A tak, tak…byłabym zapomniała. Mamy III Dni Japonii, taką czadową imprezkę z której systematycznie się urywam. No ale o tym pisać nie będę bo po pierwsze się z tego urywam a po drugie większość z Was moi mili jest 4 mile za Warszawą, więc i tak pewnie nie przyjedziecie. 
Chyba czas na część właściwą mojej jakże składnej, poprawnej i interesującej wypowiedzi pisemnej. Tym razem biję własne rekordy w tworzeniu idiotycznych problemów. Możecie się nawet ze mnie śmiać. Może, kiedyś uda mi się naprawić co nie bardzo wyszło mi, zresztą co to, mniejsza o to.
A więc(wiem, nie zaczyna się tak) zdziwiła mnie ostatnio dzika ilość poradników typu „mowa ciała”, „jak flirtować” , „flirty i mowa ciała” ukazujących się w gazetach i Internecie.
I ciągle dziwię się jakimi hipokrytami potrafimy być. No bo spójrzmy prawdzie w oczy, drodzy Czytelnicy. Jeżeli chodzi o zespoły, syndromy i traumy człowiek wydaje się być istotą o niesamowicie skomplikowanej psychice. Jednak kiedy chodzi o szeroko rozumianą miłość okazuje się, że ta dziedzina życia sprowadza się tylko i wyłącznie do atawistycznych zachowań i instynktów. Nie wiem czy kogoś ratuje teoria mówiąca, że wystarczy być zdrowym okazem samicy, która wie kiedy odrzucić włosy do tyłu a kiedy skrzyżować nogi ale mnie ona przeraża. Jeżeli to prawda to nie wiem co mam myśleć o związkach, chyba tylko tyle, że to głupia potrzeba fizjologiczna.
Całe szczęście opinia kolorowych gazet i portali typu „Kobieta wp” jedynie mnie bawi…raczej nie biorę tego serio. I myślę sobie, że to był dobry wybór. Dzięki temu ja w przeciwieństwie do niektórych mogę wierzyć, że ludzie mają bardziej skomplikowaną uczuciowość iż chomiki.
Pozdrawiam drodzy Czytelnicy z wielkiej mroźnej Stolycy i ślę tęskne spojrzenia w stronę zapomnianej Polski B a konkretniej jej północnego- wschodu. A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Iza, Lila, Kóczak, Rosi, Hania, Ania, Ola, Natalka, Ola, PzM, Paweł, Bartosz, Michał, Misio, Mateusz, Szymon, Zuzia, Wampir i Ty drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś:
Nie mów mi nic o miłości,
o zazdrości i samotności.
Nie mów mi nic o czułości,
o przyjaźni i o wolności.
Już idą w cerkiew gromady
I wkrótce zaczną się Dziady,
Iść nam pora, już noc głucha.
Kiedy słonko gaśnie i ustaje dzienny znój, zaczyna się właściwa część święta Trupka. Pomyślałam sobie, że to chyba najbardziej politycznie poprawny czas dla(połączenia?) tych paru świąt, które się w teraz obchodzi. Mówię tu o moim małym własnym synkretyzmie Dziadów(z 31.10 na 01.11), Festum mnium sanctorum- szpaaan(01.11) oraz Dnia Zadusznego(2.11). Pierwsze zamieniło się w trzecie z powodu drugiego, co oczywiście nie umniejsza ważności wszystkich trzech dni, poświęconych zmarłym. Chociaż ja uważam, że tak naprawdę tych świąt najbardziej potrzebują żywi.
No bo kim jest zmarły? Na co dzień zwykłym, martwym, bezmyślnym głuchem, prawda? Jednak rok w rok odwiedzamy groby bliskich i zapalamy znicze. I teraz pojawia się pytanie, po co? No dobra, wiem, wywodzi się to właśnie z Dziadów, kiedy palono zmarłym światła na rozdrożach, by ci mogli znaleźć drogę do domu i spędzić ten wieczór z bliskimi. Zdaje się też, że miało to odgonić upiory, a właściwie to uniemożliwić im wyjście na Ziemię. No i oczywiście takiego denata witano tym co najlepsze w domu, co by się najadł, nie wnerwił i dał spokój żywym. No a teraz przyznać się, kto nakarmił wczoraj swoich zmarłych(ja zostawiłam resztkę szarlotki XD)? Bo jeżeli tego nie zrobiłeś drogi Czytelniku to istnieje nikłe prawdopodobieństwo prawdziwości mojej spiskowej teorii dziejów.
Otóż… tak sobie myślę, że te znicze palimy przede wszystkim z wiarą, że i ktoś je nam zapali. Oczywiście! Wiem, że chodzi tu o wspominanie zmarłych, wskazanie im drogi do domu, czy po prostu odwiedziny. Wiem. Ale…no pomyślcie sobie Drodzy Czytelnicy, czy to przypadkiem nie potrzeba wiary, że i po naszej śmierci ktoś będzie przychodził na nasz grób i zostawiał na nim znicz, nie jest także jednym z ważnych powodów obchodzenia owego święta?
Mimo wszystko, chcemy mieć chociaż małe prawdopodobieństwo tego, że po śmierci ktoś będzie o nas pamiętał. No i czemu się tu dziwić? Moim zdaniem to co rzymscy poeci wymyślili a co później w szkole na lekcjach polskiego nam do głów kładziono, jest nie dość, że zrozumiałe to i prawdziwe. Żyjemy tak długo, jak trwa pamięć o nas. Tak więc, drodzy Czytelnicy, może Dziady i Dzień Zaduszny to specyficzny sposób na wydłużenie życia, swojego i bliskich?
A mnie osobiście żal zmarłych…tylko, że ja czuję dziwną sympatię nie dość, że do Święta Trupka to i jeszcze do samych Trupków. Jakoś nie mogę się powstrzymać od nadawania im cech żywych…chociaż, przyznam, że bardzo się starałam zachować chociaż odrobinę zdroworozsądkowości w tej notce. A zmarłych żal mi dlatego, że:
Nikt nie kocha, nikt nie szlocha, że już zmarli to wynocha.
W tym momencie pewnie już zrozumieliście co Wam się nie podoba w tej notce i zaraz będziecie gotowi to napisać…założę się, że walnęłam jakieś rzeczowe błędy. Ale, drodzy Czytelnicy, nieważne. Nie ma czegoś takiego jak trwałość i dlatego są Święta Trupka.
Pozdrawiam, przede wszystkim Zmarłych i Świętych.
A wiecie, że dziś jest pełnia?
A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Iza, Lila, Kóczak, Rosi, Hania( to on to Upiór!) Kotek, Marcik Czrcik, Tatełe, PzM, Paweł, Jonny, Bartosz, Michał, Misio, Kinia, Zuzia, Ola, Ola, Natalka i Ty drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś to „Lament” pana Czyżykiewicza :
Wiecie co, drodzy Czytelnicy? Nie lubię kultury prefiguracyjnej. No ja wiem, że to sztucznie brzmi w ustach przedstawicielki tejże…ale mimo wszystko, za każdym razem jak przyglądam się społeczeństwu zdominowanemu przez młodość i pośpiech, jakoś mi nieswojo.
Nie chodzi mi nawet o to, że w naszym świecie nie ma miejsca dla ludzi starszych tylko o to, że to wydaje się nikomu nie przeszkadzać. To dziwne bo prędzej czy później, każdemu zostaną ścinki życia i nie zawaha się wskazówka zegara, bo nie będziemy wiecznie młodzi.
Właściwie, z dnia na dzień każdy ma coraz bliżej za horyzont a mimo to nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. To pierwsze czego nie lubię w miłościwie panującej nam kulturze prefiguracyjnej.
A drugie? Drugie to to, że wszyscy zachowujemy się jakbyśmy mieli nieskończoną ilość ziaren piasku…to, że zawsze znajdzie się dziesięć tysięcy rzeczy, ważniejszych od tego co dla nas naprawdę ważne. No bo najpierw trzeba zarobić górę złota, a później powstrzymywać się od wydania tej góry złota, najpierw trzeba, zrobić to co trzeba no bo trzeba i tak w kółko. A ja nie wiedzę sensu w odkładaniu bardzo szeroko pojmowanego szczęścia na później. Nie wiem, może to rodzaj długoterminowej inwestycji, której nie
rozumiem ale wydaje mi się, że park dziś może być nawet piękniejszy niż park za 10 lat. A co za różnica czy ogląda go studentka japonistyki desperacko wierząca w cuda, czy absolwentka japonistyki(zakładam wersję z pomyślnymi wiatrami…żeby nie było- ten tekst mnie do niczego nie obliguje). Koniec końców, ludzi jest zbyt wielu by każdy mógł oczekiwać Bóg wie czego, zresztą taka zachłanność może w przyszłości odbić się przykrym brakiem wspomnień i teraźniejszym brakiem perspektyw.
I tak na koniec, bardzo refleksyjnie i ambitnie: Będzie co ma być, nie cofnę kijem Wisły- niemalże jak Sędzia Soplica. A jutro? Jutro kolejny dzień reszty mojego życia z szalonym planem powrotu do domu na dłużej niż zazwyczaj, wiwat Święto Trupka.
Pozdrawiam Was drodzy Czytelnicy a szczególne pozdrowienia na dziś, wygrywają: Iza, Lila, Kóczak, Rosi, Hania, PzM, Paweł, Mateusz, Ola, Natalka, Michał, Misio, Bartosz, Jonny, Ola, Ula, Rajta, Marcik, Famyly i Ty drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś:
Poprzez nocną ciszę idzie cudny, nocny strach
A Śmierć się kołysze cała w rosach, cała w snach
Czy jeżeli w patyczkach na chodniku widzę kanji „ko” to jest to już pierwszy stopień zboczenia filologicznego? Bo jeżeli tak, to chciałam powiedzieć, że strasznie szybko się zboczyłam- i chyba mnie to przeraża.
Swoją drogą, dziś stwierdziłam, że chyba zaliczyłam kolejny etap życia. A przynajmniej zrozumiałam coś ważnego. Że wcale nie jestem nieustraszona…tylko odważna. To nie tak, że się nie boję, tak naprawdę boję się wielu rzeczy. Much, Warszawy, studiów, przyszłości, ludzi, samej siebie…Ale uciekać nie będę, chociaż nie powiem, wszystkie drogi do domu wydają się prostsze, równiejsze, ładniejsze(o ironio...Polska B) a tam gdzie są przyjaciele i rodzina słońce dziwnym trafem przedziera się nawet przez betonową warstwę chmur. I może to właśnie o to chodzi, żeby się przyznać przed samym sobą, że się boimy. W końcu, to naturalna reakcja mająca na celu uchronić nas przed cierpieniem.
Ale wiecie co drodzy Czytelnicy, myślę sobie, że czasami bardziej się cierpi wiedząc o tym, iż miało się szansę, której nie wykorzystano, niż z powodu następstw naszej decyzji.
Inna sprawa, że przezorny zawsze ubezpieczony a ostrożności nigdy nie za wiele. W niektórych wypadkach jest to bezwzględną i jedyną zasadą.
Słowem zakończenia…proszę mnie tutaj nie krytykować za samochwalstwo ponieważ ja w ten sposób podjęłam rozpaczliwą próbę przekonania się do Wawy. A tak w ogóle, zauważyliście, że istnieją krocie złotych myśli, cytatów i aforyzmów jak postępować z kobietą a ani jeden mówiący jak postępować wobec faceta? Dlaczego, zapytuję. Przecież to nie fair, żeby faceci mieli takie fory, nie?
A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Spóźnione acz aktualne podziękowania dla Agatki(za sama wiesz co) i Rosi(za cudowne sama wiesz co) i Hani i Izi i Lili, Kotka, Mateusza, Pawła, PzM, Misia, Mariusza, Szymona, Oli, Natalki i Oli, Rajty, Marcika, Karoli, Mamełe i Tatełe i Ciebie drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś: Dzięki miłości człowiek może rozwiązać generalny problem ludzkiego istnienia - przezwyciężyć uczucie osamotnienia. E.Fromm
Czyli, krótka jak sen rozprawa o myśleniu.
Rozważałam już skok pod tramwaj lub pociąg. Tylko po to by po chwili stwierdzić, że jestem w najlepszej sytuacji jaka mogła mnie spotkać. Następnie stwierdziłam, że wracam pierwszym pociągiem do Olsztyna, tylko po to by pojechać na zajęcia.
Dziś o dziwo pisać nie będę o płochym temacie jakości tego świata. Ten spór, zdaje się będzie trwać wiecznie, a pytanie czy żyjemy w najlepszym z możliwych światów nie znajdzie swojej drugiej połówki, odpowiedzi. Dzieje się tak dlatego, że gdy jeden zaprzeczy, ponieważ na świecie istnieje zło…drugi zaraz doda, że ta dawka zła, którą otrzymujemy jest konieczna do osiągnięcia możliwie najlepszego świata. Zaraz ktoś zapyta dlaczego tylko „możliwie”…wtedy inny ktoś odpowie, że zło może być karą za grzechy, na to padnie pytanie o „zło niezawinione takie jak powodzie i trzęsienia” na co odpowiedzą mu, że to klęska nie zło. I kiedy już będziemy myśleli, że to koniec, ktoś ponownie zapyta czy w takim razie powódź, która ostatnio zalała ogromne miasto była tak bardzo potrzebna tym ludziom do szczęścia i błędne koło się zamknie. Ale jak już napisałam, nie o tym będzie ta notka.
Ostatnio stoję w obliczu piekielnie trudnego wyboru. W jakiej sytuacji jestem, wszyscy wiemy( jeżeli nie wiemy to już tłumaczę. W nowej.). I teraz ja, biedny człowiek, myślę co mam myśleć! Tego jeszcze nie grali, myślę więc jestem- było. Myślę, że nic nie ma- było. Nie myślę- też się zdarza…ale żeby: Co myślę?
I postaw się teraz w moim położeniu. Czy mam myśleć sobie, że to wszystko kiedyś minie a tak czy siak sprawy zmierzają ku lepszemu? Opcja fajna, ale predestynacji to ja nie lubię(chociaż kiedy mowa o szczęściu, myślę, że nie stawiałbym oporu). A może trzeba najpierw się nacierpieć, żeby później otrzymać wynagrodzenie? W sumie fajne, taka świadomość pomaga, ale wtedy kiedy się cierpi u mnie niestety braknie tego podstawowego składnika. Więc może, mam wolną wolę i jestem tu ze swojego wyboru i każda moja decyzja będzie dotyczyła tylko i wyłącznie mnie? Uhh…racjonalizm jest taki straszny! Czy po prostu machnąć na to ręką bo i tak nic nie istnieje? I tylko błagam bez żadnych carpe diem bo naprawdę rzucę się pod pociąg! 
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiedząc co mam myśleć, muszę podjąć jakąś decyzję. Niestety najsławniejszy wywód Kartezjusza wciąż pozostaje niepodważalnym, przynajmniej dla mnie. Niepewne mogą być moje spostrzeżenia zmysłowe co mnie za bardzo nie martwi, bo i tak często im nie wierzę. Na sposobów różnych można udowodnić, że nas zwodzą. Ale tego, że myślimy(na przykład o tym czy nas zmysły oszukują, lub czy skoczyć pod pociąg) a więc jesteśmy, obalić się nie da.
Problem powstaje wtedy, gdy chcę odróżnić co jest prawdą a co fałszem. Zakładając, że jakaś siła wyższa robi sobie ze mnie, nie będę bawiła się w poprawności, jaja, mogę dojść do wniosku, że jedyne co posiadam to własną świadomość. Co więcej, nie mogę wyjść poza akt własnej świadomości a więc to czy UW, Warszawa, Japonistyka istnieją nie powinno mnie w żadnej mierze obchodzić. I niby mam odpowiedź na swoje pytanie…to wszystko może nie istnieć, równie dobrze jak istnieć lub być czymś zupełnie innym.
Czy jest zatem hipokryzją branie za jedyny pewnik tylko tego, że jestem i jednocześnie uczestniczenie we własnym śnie? Logicznie rzecz biorąc powinnam jak najszybciej zdystansować się do sytuacji, i obserwować…czekać…wątpić? Szczerze mówiąc nie wiem co robi się w takiej sytuacji, pisma Kartezjusza nie zawierają załączników pt. „ W razie zwątpienia w rzeczywistość, stłuc szybkę.” Myślę, że w tym wypadku mogę decydować tylko o swoim „być” „nie być” a cała reszta? Nawet jeżeli ten świat jest ułudą, snem wariata to będę śnić dopóki nie prześnię samej siebie. A to, że wszystko na tym świecie dąży do optymalnej formy/stanu lub innych optimów(dla większości wiążą się z priorytetami więc wymieniać nie będę bo tego tak jakby sporo jest) chyba w jakiś sposób tłumaczy to, że i ja wolę nagodzenie życia znosić w sposób wygodny i komfortowy(fizyczno psychicznie) niż brać takim jakim jest tylko dlatego, że to sen. Nie każdy lubi koszmary…
Jaka więc jest moja decyzja? Marek Aureliusz dalej rządzi…rzucać się nie będę co by z tego problemy nie wynikły. Posiedzę, popatrzę…i pouczę się kanji.
Koniec! Czas wracać na ziemię…przepraszam za ten wywód drodzy Czytelnicy. Ale wiecie, dziś pani profesor powiedziała, że dawno temu do Japonii przyleciało U.F.O i jakoś tak mnie natchnęło.
Pozdrawiam was! A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Iza, Lila, Kóczaczek, Rosi, Haniutka, Natalka, Ania, Ola, Ula, Ola, PzM, Misio, Paweł, Bartosz, Michał, po raz pierwszy w historii pozdrawiania moja grupa z japońskiego, Mateusz, Rajta, Kama, Szymon, Spirit, Karola, Rafauuu, Tatełe, Mamełe, Marcik i Ty drogi Czytelniku.
A dziś będzie suto, bo mam aż dwie złote myśli:
Diem perdidi…klapa, klops…motyla noga?
To nie tak, że ja chcę narzekać drodzy Czytelnicy. Ale, chyba zaczynam wierzyć w złośliwość losu. Chyba na pewno. I wcale nie o to chodzi, że chwilami mam ochotę zaśpiewać „ i co ja robię tu, tuu?” bo nie w tym rzecz.
Tym razem początkiem i końcem wszystkiego jest „nadzieja” jedna z najgorszych rzeczy na świecie. Taka nadzieja, świadomość, że coś jest możliwe jest o wiele gorsza od pesymizmu. Brak złudzeń nigdy jeszcze nikogo nie rozczarował a jeżeli już to zrobił to w sposób pozytywny. I chociaż nie nastraja on nas zbyt pozytywnie do życia, to przynajmniej nie czeka, tak jak optymizm, by wbić ofierze nóż w plecy.
Czym jest więc złośliwość losu? Niczym innym niż serią takich rozczarować, nadziei najpierw przez niego(los) wydrwionych a później dobitych. To zawsze są małe rzeczy, skrzyżowane palce pod ławką i ta nadzieja, że nie będzie się wywołanym do odpowiedzi, przeświadczenie, że właśnie dziś zdarzy się coś wyjątkowego, pojawi sie książę z bajki czy nawet wiara, że jutro poczuję się lepiej.
A jak wygląda rzeczywistość? Zostajesz wywołany właśnie ty, dzień, który miał być wyjątkowy jest beznadziejnie nudny, książę z bajki ma już swojego KSIĘCIA z bajki, a czujesz się na tyle dobrze by dojść na wykłady i tam stwierdzić, że to jednak był głupi pomysł i właściwie to nie do końca wiesz co się z tobą dziej. O to jest złośliwość losu, to właśnie ona, ontologiczny komar, który robi wszystko by wyprowadzić cię z równowagi.
Skoro już zadałam sobie ten trud i opublikowałam swoje narzekania związane z losem i jego parszywym charakterem, napiszę już co w związku z tym zrobię. Nic. 
Nie mam wystarczająco silnej woli by zdobyć się na pesymizm, nie mówiąc już o wyzbyciu się marzeń, co zdaje się być niezbędne w wyzbyciu się nadziei. Zresztą to są tylko małe rzeczy, w sam raz na moją miarę…a historia z przystojnym panem z metra, który miał już swojego pana nadaje się do rozśmieszania bliskiego grona znajomych XD
Tylko gdyby nie choroba…nie lubię czuć się jak przeżuta i wypluta.
Tym oto dosadnym i wcale nie przesadnym określeniem kończę swój wywodzik malutki i idę spać! Coś tak czuję, że los jutro też będzie złośliwy.
Pozdrawiam Was bracia i siostry, dzieci i zwierzęta! Niech moc będzie z Wami! A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Iza, Lila, Kóczaczek, Rosiii, Haniuta, PzM, Paweł, Misio, Bartosz, Michał, Marcik, Tatełe, Aniczek, Mamełe, Karola, Zuzia, Zuzia, Ola i Ola i Ola, i Natalka, do tego Rajta i Krzyś no i oczywiście TY drogi Czytelniku!
A złota myśl na dziś, zaraz, niech pomyślę: Czasami upadamy tylko po to, aby sprawdzić kto nas złapie.
Zasłyszane.
A zdjęcie na część dzisiejszego poranka kiedy to cała Wawa tonęła we mgle, tonęła aż tak bardzo, że ledwo można było zobaczyć własną wyciągniętą dłoń.
Tak, i kolejny tydzień studenckiego życia za mną. Po tym jak w środę spadł śnieg a ja przemokłam, przeziębiłam się(oby mama nie postanowiła sprawdzić bloga XD), zostałam ochlapana przez samochód, pojechałam złym autobusem, wysuszyłam się w sali by potem znowu zmoknąć i stać się obiektem współczucia młodego gentlemana z przedszkola(lub też podstawówki) wracam sobie do Olsztyna. Pewnie zastanawiacie się co za piekielna potrzeba mnie tu gna i pewnie nie zdziwi Was moja odpowiedź. Bo to potrzeba i bo gna. Cała reszta zahacza o ekshibicjonizm emocjonalny, więc na tym tą część notki skończymy.
A druga część? Cóż, tym razem ćwiczę lapidarność stylu…Tak więc, pierwsze kolokwium za mną, kolejne przede mną ale o tym wolę nie myśleć. Poza tym trzebaby, trzebaby, trzebaby coś zrobić z ogunami i innymi badziewami ale o tym też wolę nie myśleć. I oby nie odbiło się to na mnie, tak jak nie chcę by się na mnie odbiło. Następnie. Wciąż głęboko wierzę, że przestanę się gubić w Wawie i przestanę sprawiać kłopoty moim towarzyszom niewoli. To trochę krępujące cały czas pytać ich jak gdzieś dojść …ale lepsze niż dzisiejsza przebieżka po ulicach Śródmieścia. Czy wiecie, że do godziny 20 byłam niemalże pewna, że ów weekend spędzam w naszym mieście stołecznym?
A teraz? Teraz piję herbatę.
Drugą.
Wypiję jeszcze trzecią…
A potem, potem poobserwuję U.F.O i zrobię sobie szalik.
Upojona świadomością pobytu tu nie jestem w stanie stworzyć nic więcej drodzy Czytelnicy. Pozdrawiam Was a szczególne pozdrowienia wygrywa dziś pies, który jechał ze mną koleją.
Złota myśl na dziś: Schulz miał takie fajne nazwisko i napisał Sklepy monopolowe…
Zasadziłam sobie dynię „A co mi tam, pewnie jeden z drugim wezmą mnie za wariatkę lecz martwić się nie będę, wszak cieszy mnie podła reputacja.” pomyślałam sobie. I tak o to w moim życiu pojawiła się Dynia, która co prawda imienia jeszcze nie ma ale to tylko kwestia czasu.
A co tam, drodzy państwo, w stolicy? Cóż, niestety kolej rzeczy jest taka, że musiałam do niej wrócić. Czy mi tutaj źle? Nie, na pewno nie. Wciąż jestem pod dużym wrażeniem zarówno urody jak i brzydoty tego miejsca oraz dziwnych ludzi, którzy twierdzą, że to ja jestem dziwna, co jest w rzeczy samej dosyć dziwne… Za to tęsknota pozostaje ta sama i nie zmienna. To dosyć zwyczajne, takie codzienne ale jednak jest. Zwyczajnie, Warszawa jest ładna ale Olsztyn ładniejszy bo tam mam ładniejsze wspomnienia, przyjaźnie etc. Etc.
Same wykłady są bardzo przyjemne, ale chyba już o tym pisałam. Oczywiście ciekawe są też ćwiczenia jednak jak na razie dla mnie jedno i drugie to to samo, tak samo jak, wstyd się przyznać, kolokwium wciąż uparcie pozostaje egzaminem. Chyba jedyną rzeczą, która mi tutaj tak naprawdę to powroty nocą. I nie dlatego, że jest noc, bo noc jak wszyscy wiemy każdy uwielbia i kocha, tylko dlatego, że pali się takie ostre światło. Tak wiem, pewnie już teraz się pukacie w czoła drodzy Czytelnicy i zastanawiacie się co ta wariatka znowu wymyśliła. Już wam tłumaczę.
Przez te światła, wyraźniej widać ludzi, tak jakby ktoś dolał do społeczeństwa jakiegoś paskudnego katalizatora. Śmieszne, ale gdy ich obserwuję, zaczynam zastanawiać się czy przypadkiem nie jest prawdą stwierdzenie, że najbardziej samotnym jest się w tłumie.
Sama nie wiem jak to opisać, ale spróbuj sobie drogi Czytelniku wyobrazić, grubo ubranych ludzi, niepewnych, modnych, niemodnych, zmęczonych, zaganianych, zagubionych i w końcu zatroskanych(nie mylić ze smutnymi). Tak jakby byli rozdarci przez byt. Wiem, że w tym momencie będę brzmiała trochę
Eckhartowsko lub Frommowsko ALE załóżmy, że bycie, w pojęciu nadanym przez znaczenie tego słowa, oznacza aktywność(zmianę właściwie). Bierność, wychodzi na to, jest zatem czymś co wyklucza bycie(oczywiście w ujęciu społecznym). I teraz należy zadać pytanie: Jeżeli aktywność jest działaniem, na które otrzymujemy pozytywną reakcję otoczenia, społeczeństwa dajmy na to, bierność jest czymś alienowanym. Dochodzi tu do pewnego paradoksu, ponieważ, jeżeli teraz pożądana jest bierność, to bierność będzie aktywnością a aktywność biernością…i dlatego uważam, że ludzie w wielu przypadkach przez los rozdartymi są. A wszystko dlatego, że spontaniczność jest na wymarciu. A wiecie, co jest w tym najgorsze? Że znowu nie mogę znaleźć dla siebie miejsca, bo jeżeli oddziałowuję na społeczeństwo dwojako, to chyba ponownie stoję na ziemi niczyjej.
Cóż to, drodzy Czytelnicy, kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, więc temat kończę. A niebo dziś było waniliowe…co więcej, mam już opracowany w głowie plan dzikiego rajdu po parkach(czy też lasach)…kto wie może chociaż raz w życiu dane mi będzie dostrzec U.F.O jesienią?
Przyszło mi zmykać, pozajmować się czymś kompletnie bez sensu np. odnajdowaniem swojego miejsca w społeczeństwie albo pracą nad ambiwalencją charakteru. Kurde! Jak można być do tego stopnia zmienną?
Pozdrawiam Was drodzy Czytelnicy! A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają Izia, Lila, Kóczaczek, Rosi(którą dalej ściskam w kolanka :P), Haniutka, Ola, Ania, PzM, Paweł, Bartosz, Michał, Misio, Pawełek, moja rzeczywistość, Ola, Natalka, Ela, famila cała(a co mi tam), Rajta, Zuzia B, Zuzia Cz, Zygi, Kinia, Szymon( mina z rana- bezcenna), Kikituk, Jeremi i Dynia…podoba mi się Felicja...pasowałaby do Aleksandra. Ah, no więc pozdrawiam też Ciebie drogi Czytelniku !
A złota myśl na dziś: Ludzie złotego serca! Sprzedawajcie je drogo. Pan Lec.
Nareszcie, nareszcie, nareszcie! Po całych wiekach wygnania, powracam. Powracam by powrócić, by posiedzieć w Olsztynie, by oh…ah. A zgadnijcie skąd do Was piszę? A piszę ino do Was z pociągu. O święty Internecie, że się tak wyrażę.
Olsztyn chyba jeszcze nigdy tak jak dziś, nie wydawał mi się tak kuszącą propozycją i z jakiegoś powodu mam to dziwne przeczucie, że i w moim wypadku stara jak świat zasada stanie się prawdą. Żeby było jasne, mówię tu o zasadzie „Jak masz wyjeżdżać to nie chcesz wyjeżdżać, a jak masz wracać to nie chcesz wracać.” Pewnie i do tego będę musiała przywyknąć jako do jednego z wielu uroków studiowania. Uroków, dobre sobie.
Jak na razie staram się podzielić swoją uwagę między pisanie notki a słuchanie opowieści dziwnej treści. A skoro mowa o dzieleniu uwagi…to przydałoby się jej odrobinę więcej. Na przykład tak, żeby móc na raz się uczyć, pisać, grać, czytać…a i słuchać tego pana, co cały czas gada. Rany, jaka to by była oszczędność czasu. A do tego jeszcze odrobina sklecania wszystkiego tego o czym się myśli w lapidarną całość. Bo tak na dobrą sprawę, nie mam zielonego pojęcia o tym co napisałam, z racji tego, że muszę słuchać Pana Co Dużo Gada i pilnować Kikituk, i przystanków…no i tak, pisać.
I chyba dlatego skończę, ta notka i sama w sobie jest wyjątkowa…no bo z pociągu. A teraz Was pozdrawiam, a szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają wszyscy, którzy są tak jak ja na zesłaniu.
HOŁG!
A złota myśl na dziś: Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.
Ja to mam szczęście, drodzy Czytelnicy. Jeszcze nie zaczęłam tak naprawdę studiować a już moja, posłużmy się górnolotnym sformułowaniem, miłość do języka japońskiego, została wystawiona na ciężką próbę. No bo wykłady i ćwiczenia od godziny 9 do 20( w poniedziałki i wtorki- miejmy nadzieję, że z wtorkami da się coś zrobić) i do 18 z różnymi minutami w pozostałe dni tygodnia to chyba dużo? No ale podobno tak powinno być, więc nie narzekam. Narzekam za to na oddalenie od domu, na oddalenie od przyjaciół, na oddalenie od domu, na oddalenie od znajomych miejsc, na oddalenie od domu, na zmianę moich dotychczasowych nawyków i na ogólne poczucie nijakość z czego dwa ostatnie są naprawdę dokuczliwe. I do tego paskudny lęk…i tu was zaskoczę, wcale nie o to czy dam radę…tylko o to czy mi się nie odwidzi. Mam nadzieję, że mi się nie odwidzi…bo wykłady i ćwiczenia są naprawdę fajne XD Ale kulawo zakończyłam, nie ma co. 
Ogólnie dzisiejsze moje obserwacje poświęcone były zachowaniu ludzi w nowym środowisku i zjawisku formowania się podziału społecznego w grupie. Już na samym początku zaznaczę, że moja grupa jest naprawdę dziwnym, hałaśliwym z wyjątkiem paru osób społeczeństwem. No ale…to Warszawiacy(he he ale ich z błotem zmieszałam ). No więc jak na razie połowa ludzi wyłazi ze skór żeby pokazać jacy są fajni, a druga na pierwszą (część) się gapi i rozkminia o co cho? Właściwie to po za tym, że wszystko przypomina zamglony i dosyć cierpki obraz, to da się w tym odnaleźć pewną cząstkę „dla siebie”. Czyli poczucie przynależności do jakiejkolwiek grupy pozwala na wyłuskanie odrobiny ciepła czy jakkolwiek to zwać, z dosyć nieprzyjaznych warunków tj. obcych dla wszystkich. Teraz pytanie: Czy to jest czynnikiem formującym grupy?
Z jakiegoś powodu odnoszę wrażenie, że odpowiedź na to pytanie jest znacznie prostsza. Łatwiej cierpi się razem…i tyle. Zawsze lepiej mieć kogoś, kto jest w podobnej sytuacji jak ty.
Gorzej jeżeli dana osoba pozostaje w pewien sposób obojętna na to zjawisko i czeka aż się coś zdarzy. Dana osoba ma nadzieję, że to kiedyś musi minąć. I jeszcze parę takich nadziei…że jeszcze wszystko będzie możliwe.
No ale…upierdliwe gapienie się opłaca. To tyle mam do powiedzenia. No może jeszcze mam do Was malutką ale bardzo gorącą prośbę, trzymajcie za mnie kciuki, drodzy Czytelnicy, przynajmniej do końca tego tygodnia.
Pozdrawiam Was a szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Iza, Lila, Kóczaczek i Rosek i Haniutka (tęsknięęę) i Kotek, Rajta, Tatełe i Mamełe, Zuzia, Ola, Natalka, Ola, Karola, Mateusz, PzM, Paweł, Bartosz, Michał, Misio, Olcia, Bartosz i Jonny. No i oczywiście Ty drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś:
„Jam ten - powiada - co mgłą dyszy
I wie, że Bóg to - łza i zamieć!" -
I rzuca strzępy złotej ciszy
Na księżycową miedź czy pramiedź...
Witam ponownie i już na wstępie z radością pragnę oświadczyć, że tak łatwo to Wy się mnie nie pozbędziecie. Jak widać nawet wywieziona do Warszawy potrafię odnaleźć źródło Internetu( instynkt samozachowawczy) i opublikować notkę…no właśnie, o czym?
Naprawdę chciałabym napisać, jak jest. To pytanie słyszę od tygodnia, na zmianę z „dlaczego japonistyka” i na oba zgodnie odpowiadam, że „przykro mi to tajemnica”.
W rzeczywistości moje jakby nie patrzeć, wyjątkowo krótkie, życie w Warszawie nie jest tajemnicą, tylko po prostu jeszcze się nie zaczęło i nie chce mi się tłumaczyć dlaczego na razie nie mam zdania o moim „tu jestem”.
Mimo wszystko udało mi się z tych paru pierwszych dni wyłuskać parę maleńkich wnioseczków, więc napiszę je, co by potomność miała co czytać. Obserwacje podaję w kolejności chronologicznej…
Po pierwsze to bzdura, że się tęskni za domem. Tęskni się za ludźmi…i podejrzewam, że człowieki, o których piszę doskonale wiedzą, że chodzi o nich.
Po drugie, Warszawa naprawdę nie jest brzydka. Więcej, ona nawet jest zielona i ma zbiorniki wodne i jest gdzie pójść i…no na razie to tyle. Ale jak na razie stolyca nie wypadła tak marnie jak myślałam, że wypadnie.
Po trzecie, Warszawiacy, wcale nie są tacy nadęci i paskudni jak to się mówi. Przynajmniej nie ci, których ja poznałam. Powiem więcej, to bardzo ciekawi i pomocni ludzie, chociaż moim zdaniem troszeczkę nieostrożni(jakoś na razie nie informowałam ich, że mają do czynienia z Napoleonem zła)
Po czwarte chociaż Wa-wa komunikację ma świetną to ceny paskudne a jeszcze bardziej paskudna niż ceny, jest organizacja na UW ze szczególnym wskazaniem na Usos, który to Usos śni mi się już po nocach…Jedyne co mogę o nim powiedzieć to to, że chcę ograniczyć naszą współpracę do niezbędnego minimum. 
Po piąte…czy wiedzieliście, że Japonistyka to kierunek, który studiuje się siedząc na parapetach?
Po szóste…uwaga to będzie dziwne. Ludzie tutaj są gadatliwi…TO NAPRAWDĘ JEST DZIWNE! Nie ważne gdzie, czy to w sklepie, czy w tramwaju, czy na uczelni czy nawet na głupim spacerze, ktoś do ciebie podchodzi i zaczyna opowiadać „co tam u niego” O.o Ok. Jestem z wiochy…ale tego to się nie spodziewałam. I co mam o tym myśleć?
Po siódme. Chcę się poskarżyć, że cały czas nas straszą. Co chwila grożą, że trzeba się będzie dużo uczyć, co moim zdaniem jest tak jakby trochę bardzo dużą głupotą, bo na studia zazwyczaj się idzie z zamiarem nauki. No a tak jak o tym przypominają to się człowiek jeszcze stresuje.
A po piąte, przez dziesiąte to jest dziwnie. To jest tak jakbym co chwila jadła potrawy, które są bardziej egzotyczne od marsjańskiego grzyba blaszastego.
Koniec tych moich obserwacji. Na razie przy życiu utrzymuje mnie świadomość, że za parę lat albo z tego będę się śmiała, albo pieśni o tym będą pisać. Naprawdę już się nie mogę doczekać tej chwili kiedy w roku 2012 otwieram zakładkę październik 2009 i uśmiecham się z czułością do tej właśnie notki. Po to ona jest.
A teraz pozdrawiam i naprawdę, naprawdę ściskam Olsztyn, Olsztyniaków oraz Olsztyna okolice i Olsztyna Okoliczniaków. Bywajcie. HEJ!
Złota myśl na dziś: Może to tęsknota wiąże ze sobą wszystkie rzeczy... Cornelia Funke.
Czy to sen?! Czy to ten przeklęty Internet mami moje zmysły? Nie! Drodzy Czytelnicy, dajcie wiarę, znów udało mi się opublikować notkę! Jak to możliwe? Jak to się mogło stać? No, tego zapewne nikt nie wie i nikt się nie dowie bo jak wszyscy dobrze wiemy gospodarz dobrodziej wp własne prawa zna.
Ale bardzo dobrze się stało, że właśnie dziś wp się odblokowało i wcale mi nie przeszkadzało tym razem, że było zablokowane. Zapewne zapytacie dlaczego. Ano dlatego, że przez ostatnich parę dni byłam bez reszty pochłonięta przygotowywaniem się do wyjazdu do Stolicy i rozpaczaniem kiedy tylko nadarzała się okazja. Nietypowość sytuacji wzięła górę nad moim „opanowaniem”. A tak się składa, że dziś jest właśnie mój ostatni dzień TU. W przedpokoju stoi góra toreb, w głowie piętrzy się stos myśli, Kikituk nie bardzo zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i radośnie niweczy skutki mojego sprzątania, a ja? Ja rozkładam ręce i nieprzytomnym wzrokiem wodzę po pokoju powtarzając jak mantrę słowa albo Rosi, albo Kóczaka, albo Olka albo Haniuty, że tak naprawdę nie ma potrzeby żegnania się.
Może, może nie, sama nie wiem. Jednego za to jestem pewna, po dziesięciu latach bycia TU ze wszystkimi jego zadami i waletami, najnormalniej w świecie zaczynam rozumieć, że będę tęskniła. Nie za miejscem, bo podejrzewam, że ściągnę do domu przy najbliższej okazji, ale za wspomnieniami z tym miejscem związanymi.
Z drugiej strony już nie mogę doczekać się tej zmiany, i tego co się będzie działo, i tego co mnie spotka i nie spotka i…każdej najgłupszej bzdury, która się może wydarzyć.
Tylko żeby tak wymyślili lek na tęsknotę. 
Mimo tych wszystkich moich dziwacznych uczuć, wyjazd wciąż pozostanie wyjazdem…a to jest bardzo poważna sprawa bo nie wiem czy tam na miejscu, będę miała Internet. No właśnie, drodzy Czytelnicy…Mam nadzieję, że jakoś dorwę się do niego, co zresztą w dzisiejszych czasach nie powinno stanowić najmniejszego problemu, ale tak szelki na wypadek, ostrzegam. Nie żebym myślała, że ktoś straszliwie z tego powodu będzie cierpiał, czy coś…zresztą, nieważne.
Pożegnam się teraz z Wami, drodzy Czytelnicy.
Mam swoje wspomnienia, dobrze zapisane. Cały dorobek(kredki, kredki, kredki), spakowany i wszystko czeka na owo coś. A więc do, mam nadzieję, rychłego przeczytania.
A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Rosi, Kóczak, Olek i Haniuta(dzięki wielkie :*), Iza, Lila, Kotek, Mateusz, PzM, Natalia, Ela, Ola, Zuzia B, Paweł, Michał, Bartosz, Rajta, Marcik, Tatełe, Misio, Jonny i Ty drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś:
...to, czego się nie widzi,
Istnieje przecie przede wszystkiem.
Leopold Staff
Rok Akademicki się zbliża. Wraz z nim stres, głupie pomysły i całkiem sporo zabawy.
Tak drodzy Czytelnicy, oto kolejna notka z serii „Na wschodzie bez zmian” czyli o tym co w trawie piszczy, albo jak to woli pozbawiony większego sensu opis „co tam u mnie”.
A co tam u mnie? A no…zbliża się rok akademicki. I właściwie tutaj już mogłabym zakończyć swoją notkę. No bo co mam pisać? Że w czwartek rozrzucałam przez osiem godzin szczepionki na wściekliznę…a no rozrzucałam i nawet chwilę siedziałam za sterami samolotu- a co !? Następnie wybrałam się wraz z Kórczakiem i Olcią na szaloną imprezę w gorących rytmach lat 60. i kogo tam spotkałyśmy? A no mamę(moją), Karolinę, Anię i Ewę. I dwóch włochów Antonia i Donia, czy Donia i Antonia whateva. Ale i tak było w pytę nawet jeżeli DJ miał focha i wszystkich głęboko gdzieś.
A na koniec najważniejsza wiadomość dnia…mam świnkę. Tak wiem, ktoś może sobie pomyśleć, że to idiotyzm, świnka morska, na studiach ale ja tam jestem zagorzałą fanką tych zwierzątek a Kikituk(świnka II) jest na pewno reinkarnacją Cwinki(świnki I). I tym oto przemiłym akcentem kończę notkę i wracam do rysowania.
Woha…chociaż raz pokazałam, że wiem co to znaczy lapidarność stylu. I wcale nie ma to związku z tym, że nie mam o czym pisać.
Pozdrawiam was drodzy Czytelnicy. A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają…werble…No oczywiście Kikituk, a następnie Iza, Lila, Kóczak, Rosi, Mama, Ewa, Karolina Olcia, Ania, Antonio i Donio, PzM, Hania, Mateusz, Paweł, Bartosz, Michał, Misio, Jonny, Miłomi, Ola, Natalia, Jania i Ty drogi Czytelniku.
Złota myśl na dziś: Gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca. Antoine de Saint-Exupéry
Mały Książę

Ady wypadków ciąg dalszy. W dzisiejszym odcinku: Wypadki umysłowe.
Alias o kłamstwie, miłości, priorytetów ważności , o społeczeństwie co ma w sobie wiele dziwnych ciekawości, całe moje wczorajsze nocne myślenie opisane z gruntu słów krótkości.
Wczoraj byłam na koniach ale to nie ma żadnego związku z tą notką. Podobnie jak to, że od tygodnia śni mi się biały wilk wielkości dorodnego konia. Powietrze stało się już cięższe, wilgotne, spadło już całkiem sporo liść a do tego Olsztyn zaczyna mienić się złotem i czerwienią. To akurat ma związek z notka, i nie, wcale nie chodzi o to, że lubię jesień, bo chociaż lubię to tym razem zauważyłam dziwną zależność. Zawsze mniej więcej o tej porze roku, nachodzą mnie bardzo dziwne, co tu ukrywać, niekiedy głupie myśli. Najczęściej są ona mniej lub bardziej związane z motywem Vanitas. „Co tu się zresztą dziwić?” Myślę sobie „ Zaczyna się czas refleksji i podsumowań bo i schyłkowy charakter jesieni temu służy” Jednak czy wczorajsze pytania były jakoś szczególnie dekadenckie? Sama nie wiem.
Pierwsze to rozgrzebanie problemu, który tak właściwie to gryzł Bolesława Prusa, nie mnie. Chodzi o miłość i kłamstwo(z bólem odsyłam do „Kamizelki”) i pytanie, czy można kłamać z miłości? Czy może raczej miłość wyklucza coś takiego jak kłamstwo, które z zasady uważamy za złe. Cóż, odpowiedź zależy pewnie od subiektywnych preferencji np. czy wolelibyśmy być okłamywani, powiedzmy, w sprawach zdrowotnych, czy też nie. Następnie rodzi się pytanie kto, jeżeli już, może mieć takie prawo kłamstwa? I czy w ogóle istnieje coś takiego jak kłamstwo w słusznej sprawie? A i jeszcze jedno…Czy kłamiąc dla czyjegoś dobra, kłamiemy? Bo jak powszechnie wiadomo, owszem, kłamstwo zawiera informacje niezgodne ze stanem faktycznym ale ma też przynieść kłamiącemu jakąś korzyść. Co więc się dzieje z kłamiącym, który dajmy na to poświęca się kłamiąc?
Od razu zaznaczam, że ja odpowiedzi na to pytanie nie znalazłam. Osobiście wolałabym usłyszeć prawdę ale też nie mogłabym źle ocenić człowieka, który postąpił inaczej. Poza tym, bezwzględny zakaz kłamania taki jak u św. Augustyna czy też Kanta mógłby oznaczać zwykły brak przystosowania społecznego, jako że Społeczeństwo kłamstwa lubi, zwłaszcza te białe.
A teraz czas na pytanie ode mnie.
Wyobraźcie sobie, ze idziecie na spotkanie z Madame Gilotyną. Przykra sytuacja, i jeszcze bardziej przykra świadomość resztek życia uciekających przez palce. A teraz wyobraźcie sobie ten wiklinowy koszyczek, cieszący się na myśl o Waszej główce, i rozentuzjazmowany tłum, i kata, który zapewne się szczerzy tylko tego nie widać bo ma na sobie czapkę narciarską. Przykra śmierć…najgorsze, że niegodna.
Aż tu nagle! Cud! Kat ściąga czapkę narciarską i okazuje się być Św. Mikołajem! Pochyla się Wami i pyta: „Co jest dla ciebie najważniejsze w Twoim życiu?”
Albo odpowiadasz poprawnie, albo dekapitacja. I ostrzegam, że marne odpowiedzi wymyślone na poczekaniu ukazujące nas jako kogoś kim nie jesteśmy, lub nagłe marne podrywy serca, które mają nam przydać romantyczności nie wchodzą w rachubę. Wszystko to rozwścieczy tłum.
Trudna sprawa jeżeli trzeba odnaleźć to największe pragnienie serca. Bo większość, to pragnienia krótkoterminowe, albo zlepek pragnień.
No i trzeba oprzeć się pokusie powiedzenia „Chcę żyć” bo ostrze może spaść wcześniej niż się wydaje.
I ostatnie pytanie: Czy każdy ma to szczęście by mieć i znać najważniejszą rzecz w swoim życiu(ew. największe pragnienie serca)?
A tak w ogóle to w takiej sytuacji posługiwałabym się ogólnikami- zwiększają szansę przetrwania.
A jeszcze bardziej w ogóle śmieszną była by odpowiedź „Moim celem jest śmierć na gilotynie.”, która okazałaby się poprawna. A tak po głębszym zastanowieniu…właściwie to celem każdego jest śmierć, czy tego chce czy nie. Jest w tym jakiś dziwny rodzaj pocieszenia, że chociaż jedna rzecz na świecie ma swój ustalony i niezmienny tor.
Dobra, już nie zamęczam. No mówiłam, że mi się dziwne rzeczy w głowie jątrzą. Tak więc ściskam czule w kolanka i pozdrawiam!. A szczególne pozdrowienia na dziś, wygrywają: Iza, Lila, Agata, Rosi, Hania, PzM, Mateusz, Paweł, Bartosz, Michał, Ania, Ola, Natalia, Elka, Kinia, Ola, Rajta, Marcik Czarcik, Karola, Mamełe, Misio, Tatełe, Kinia, Krzysiek, Jonny, Kotek i Ty drogi Czytelniku.
A złota myśl na dziś, brzmi: Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego. Marek Aureliusz.
Czyli: Z kamerą wśród zwierząt.
Występują: Ada czyli ja i Społeczeństwo.
Ada idzie miastem, z plecakiem po brzegi wypchanym sprzętem do jazdy konnej. Z owego plecaka wystaje palcat, zwany też batem.
Społeczeństwo: Dzień dobry Ado.
Ada: Dzień dobry Społeczeństwu. Jak się Społeczeństwo miewa?
Społeczeństwo: A jakoś tak…Jesień szczerzy już swoją pomarszczoną gębę…Ale, ale co to ty tam masz w plecaczku?
Ada: Palcat.
Społeczeństwo: Co?
Ada: Bat.
Społeczeństwo: Na konia?
Ada: Tak.
Podjeżdża autobus. Ada wsiada do pojazdu a wraz z nią Społeczeństwo.
Społeczeństwo: Witaj Ado.
Ada: Dzień dobry Społeczeństwu.
Społeczeństwo: Co tam masz Ado w plecaczku?
Ada: Bacik.
Społeczeństwo: Na konia?
Ada: Tak. Na konia.
Autobus zatrzymuje się…na przystanku autobusowym. Ada i Społeczeństwo wysiadają, mieszając się z innym Społeczeństwem.
Społeczeństwo: Witaj Ado.
Ada: Mphmmm…
Społeczeństwo: Co tam masz w ple…
Ada: Bat. 
Społeczeństwo: Na kon…
Ada: Tak na konia…
Ada…i Społeczeństwo rzecz jasna, zmierzają do lokalnego PSS- społem.
Społeczeństwo: Dzień dobry Ado.
Ada: Witam Społeczeństwo.
Społeczeństwo: A to w plecaczku, to ?
Ada: Bacik.
Społeczeństwo: Na konia?
Ada: Tak.
Po dokonaniu przelewu płatniczego za bułkę z jabłkiem i cynamonem Ada opuszcza PSS- społem i napotyka…Społeczeństwo!
Społeczeństwo: Dzień dobry Ado!
Ada: Dzień dobry Społeczeństwu.
Społeczeństwo: Co tam masz w plecaczku?
Ada: Antenę radiową.
Społeczeństwo: Przecież widzę, że to bat na konia.
Ada: To co się Społeczeństwo pyta?
Kurtyna opada i rozbrzmiewają oklaski.
I powiedzcie mi, że ludzie nie są dziwni?!
Możliwe, że to z tym dniem dzisiaj jest coś nie tak. Bo jest dzień odpustu w Gietrzwałdzie. A kiedy jest dzień odpustu w Gietrzwałdzie to we Wrzesińskim lesie same dziwne rzeczy się dzieją. W zeszłym roku Elikso i ferajna zafundował nam jazdę pt. „ Gdzie nas konie poniosą?”. W tym roku już od samego rana było coś nie tak. Melisa, wierzchowiec mój i koń prowadzący za razem, teren zakończyła z lekkim załamaniem nerwowym. Ja zresztą też bliska byłam tego stanu. No bo kto to słyszał, żeby w lesie wyśpiewywać przez megafon „Po górach, dolinach” ? Jednak hitem są grzybiarze, którzy chowali się po krzakach gdy tylko zobaczyli zastęp, co by się konie nie spłoszyły. Pod koniec jazdy, Melisa odwracając głowę by odpędzić się od jakiegoś bzyczącego świństwa, zauważyła pieniek…na widok, którego podskoczyła jak oparzona i już do końca terenu nie mogła się uspokoić. Nie wspomnę już o strrraszliwej Jarzębinie i samochodzie, który JECHAŁ!
Nie. Z tym dniem jest zdecydowanie coś nie tak.
Pozdrawiam Was drodzy Czytelnicy! A szczególne pozdrowienia na dziś wygrywają: Iza, Lila, Rozi, Kóczaczek, Haniuta, Ania, Misio, Jacuś, Marcik Czarcik, Ola, Michał, Ola, Natalka, Ela, Ania, Tatełe i Mamełe, Paweł, Mateusz, PzM, Jonny, Krzysiek, Bartosz, Rajta, Ola, Karola i Kinia.
A złota myśl na dziś to: Strzeżcie się wilki! Strzeżcie ludzkiej łaski!
Pobudki o 7 rano i letnia pogoda nie służą nostalgiczno romantycznym nastrojom. Wcale a wcale. Szczerze mówiąc chwilowo nic nie służy mojemu nastrojowi. Od trzech dni non stop trafiam na parzyste godziny, przegapiłam koniec świata, zaczynam odczuwać stres przedstudiowy a co gorsza przeczuwam nieuchronne nadejście motywu Vanitas a wraz z nim zaprzeczanie jakiejkolwiek wartości tego świata.
No dobra drodzy Czytelnicy. Wiem, wiem, że nie chcecie po raz kolejny tego słuchać…ale wytrzymajcie. Jeżeli wytrzymaliście to teraz posiedźcie chwilę w ciszy i co słyszycie? Hałas. Nie ma czegoś takiego jak „posiedzieć w ciszy” to pojęcie dawno odeszło w niepamięć. Zginęło wraz z momentem kiedy technika pozwoliła nam na gwałcenie czyjejś prywatności telefonami komórkowymi i portalami społecznościowymi. Właściwie…to na inwigilowanie…gwałcenie to złe słowo(za to dobitne). Mniejsza z tym. Chodzi o to, że nawet jak wyłączysz wszystkie techniczne świństwa i żadna kobieta ze spięciami na linii prawa-lewa półkula nie będzie po raz setny oferowała Ci wycieczki do Świętej Lipki, to ciszy mieć nie będziesz. I nawet jeżeli zamkniesz wszystkie okna i drzwi to ciszy też nie będzie. I nie chodzi mi tu o to, że chyba zaczęto produkować bachory z UltraWzmocnieniem w paszczękach. Chodzi o to, że nie można mieć tej ciszy w sobie. A dlaczego? A no dlatego, że czym skorupka za młodu…
Tak, tak drodzy Czytelnicy. Na świecie jest tyle hałasu, ale to nie dlatego, że świat jest głośny sam z siebie. To się w nas gnieździ. Hałas samochodów, helikopterów, syren ogólnie miasta, jest paskudny, to fakt. Hałas medialny, polityczny, informacyjny whatever, też wnerwia. No ale skoro już żyjemy w tym społeczeństwie to na takie atrakcje trzeba się przygotować. Jednak jest hałas ludzi. Po prostu ludzi…oni hałasują samym faktem, że są. Głupotą, czy rozumem, nie ważne. Miotają się między setką tysięcy spraw i depczą sobie nawzajem po głowie. I co najśmieszniejsze nie patrzą jak sami z siebie robią pośmiewisko. Na nic nie patrzą. Ale i tak najgorsza jest taka absurdalna codzienność. To czym się codziennie karmimy, jest jakby nie takie. Jakby po drodze wszyscy skręcili w złą uliczkę i teraz kręcili się w przysłowiowej przerębli powielając swoje głupoty i nawet się z tego ciesząc. Nie zgadzacie się ze mną? Wystarczy włączyć wp i przeczytać ich najważniejsze hasła dnia: „Kto będzie nowym mężem Górniak” „Wyrwiesz ją na Prezia” „Idealne pupy gwiazd”(skoro coś takiego piszą to znaczy, że to się sprzedaje!!!!) albo po prostu obejrzeć popisy panny Simson czy Simpson...lub każdej innej głupiej blondynki robiącej covery kultowych piosenek(nie ma różnicy).
A może gdyby tak częściej korzystać z rozumu? Jak wiemy są jego trzy rodzaje. Pierwszy to zwykły empiryzm, czyli zdolność do nabywania doświadczeń i wykorzystywania tego. To potrafimy. Fajnie. Tylko, że pies też podaje łapę jak mu się poda smakołyk, więc tak właściwie to nie ma czym się chwalić. Drugi rozum, to rozum społeczny. Dobra tu się powstrzymam od reprezentowania swoich teorii i przyjmę, że na upartego jesteśmy istotami społecznymi chodź nie powinniśmy(powinniśmy żyć w znacznie mniejszych grupach…o…). No i w końcu rozum logiczny. Wow to jest coś! Można dzięki niemu coś wywnioskować, powiedzieć coś mądrego, zamknąć się, zająć się swoim drącym pod oknem sąsiadów dzieciakiem, przestać robić z siebie medialnego idiotę, zaakceptować czyjeś zdanie, zrezygnować z warcholstwa bo wyszło z mody jakieś 200 lat temu, odwalić się od społeczeństwa i takie tam. Tak właściwie rozum można wykorzystać na tysiące sposobów, wystarczy tylko chcieć. A przykładów nie podam, bo będzie od razu, że moralizuję i stawiam siebie za przykład. Otóż nie, nie stawiam. Zapytuję tylko dlaczego nie można by tak na chwilę zastanowić się czy naprawdę warto być taką owcą o owczym pędzie trendowców? Ja nie przekonuję do tworzenia fałszywej, bardziej oryginalnej tożsamości. Ja tylko przekonuję, żeby tak na chwilę się wszyscy zamknęli. We wszystkich aspektach zamknięcia się, bo może wtedy będzie trochę ciszy.
Czasami chciałabym zamknąć się w środku dyni.
Dobra, zanim Was pozdrowię. Powiedzcie, nie przeszkadza wam ten huk? Czy ja tragizuję, wydziwiam, jestem niedopasowana, czy po prostu wszyscy o tym milczą jak o jakimś skandalu. Bo ja mam czasami wrażenie, że mi głowę rozsadzi…ten, hałas. A szczególne pozdrowienia wygrywają: Iza! Lila! Kotek! Kóczak! Rozi! Paweł, PzM, P, Aleksander, Miętus, MiłoMi, Mateusz, Hania, Ola, Natalka, Kamila, Mama, Ania, Tata, Zuzia Czarna, Ola, Ania, Rajta, Marcik i Ty drogi Czytelniku!
Złota myśl na dziś:
F: Dobra. Już dobra! Już nie będę więcej jej dokuczał. Zadowoleni?!
S: Większej bzdury nie słyszałam od czasów gdy media ogłosiły, że Elvis nie żyjesobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 232777
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Strasznie mało miejsca na ten opis. A więc krótko:
Nazywam się Ada ale w necie i dla większości znajomych pozostaję Socki. Interesuję się prawie wszystkim ale szczególnym uczuciem darzę kulturę antyczną, filozofię, kino, angelologię i demonologię, jazdę konną i pisanie?
Jestem uzależniona od herbaty i lubię piec ciastka. Chrupki czekoladowe bez mleka też lubię.
I nie było mnie stać na oryginalny opis.
Mój mail: Socki.sama@gmail.com
Moje gg: 5061265
Takie coś powstaje kiedy takiej osobie jak ja pozwala się publikować posty. Właściwie to blog dla każdego "Drogiego Czytelnika"...dla ptaków wędrownych, odmieńców i dziwaków także a właściwie to przed...
więcej...Takie coś powstaje kiedy takiej osobie jak ja pozwala się publikować posty. Właściwie to blog dla każdego "Drogiego Czytelnika"...dla ptaków wędrownych, odmieńców i dziwaków także a właściwie to przede wszystkim.
schowaj...Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj: